The long way - a hitch in the plan

Dzisiaj czas na pierwszy post w zupełności nie - kostiumowy. Mam tremę.

Jako że ostatnimi czasy przesiaduję w postapokaliptyczym Bostonie - Steam mówi, że spędziłam w nim już 55 godzin, z czego, przyznaję się, większość polegała na bieganiu po mapie w żałosnej próbie unikania walki i słuchaniu radia. Ale to nie Fallout 4 o którym mowa będzie przedmiotem tego posta. Będzie nim gra, która w porównaniu z kolosem Bethesdy jest jak pchła przy słoniu- malutkie, króciutkie dziełko które zostało po raz pierwszy zaprezentowane na GlobalGameJam 2015 i jest- jak zapewniają twórcy- cały czas w budowie. Chciałabym powiedzieć że śledzę GGJ i to właśnie tak dowiedziałam się o The long way, ale wcale tak nie było- przyjaciółka wysłała mi wczoraj w nocy link do gry z kilkunastoma głośnymi wykrzyknikami, a ja byłam tworem tak bardzo zafascynowana że ledwo wysiedziałam w szkole czekając aż będę mogła go ściągnąć. Ściągnęłam (jest darmowy), przeszłam- i tak naprawdę to chciałabym wiecej.


The long way- a hitch in the plan, gra wyprodukowana przez Blunt Instrument Studio polega wyłącznie na tym, żeby dotrzeć do miasta autostopem. oczywiście można również chodzić, bo auta nie zawsze się zatrzymują. A i żeby nie zostać wyrzuconym z samochodu lub, w najgorszym wypadku, zamordowanym, trzeba wybierać odpowiednie linijki dialogowe. Wszystko utrzymane w tajemnichym klimacie, przywodzącym na myśl chociażby Twin Peaks czy podcast Welcome to Night Vale- fabułę, bardzo tajemniczą- tworzą notatki które leżą co jakiś czas przy drodze, czasami też, jeśli dobrze poprowadzić rozmowę kierowcy mogą nam coś powiedzieć, nic jednak nie jest podane na tacy co tworzy w sumie przyjemną aurę niepewności.


Całą grę przeszłam w maksymalnie piętnaście minut- i warto poświęcić jej ten czas, bo jest intrygująca. Mam jednak wrażenie że jest zbyt krótka; ostatecznie chciałabym wiedzieć, o co chodzi, no i kim tak naprawdę jest i protagonista i kierowcy (jest trzech którzy się powtarzają; to kolejna wada, ale jednocześnie po kilku próbach ma się pewność jakiej odpowiedzi udzielić żeby zajechać jak najdalej). No cóż. Podobało mi się. Ale było mało.

Pobrać można tutaj


To był trudny rok na Marsie

Post zawiera okropne spoilery do Marsjanina Ridley'a Scotta. Zdaję sobie sprawę że premiera była w piątek- więc jeżeli ktoś jeszcze nie był, a chce, to radzę nie czytać. 

źródło

Jestem fantastą i nic nigdy nie sprawi, że wciągnę się w Science-Fiction- myślałam, ze znużeniem patrząc w pasek postępu instalacji pierwszego Mass Effecta. Oczywiście bardzo się myliłam. Jak zwykle.
Gwiezdne Wojny lubiłam od zawsze. Mój wewnętrzny fantasta całkowicie je akceptował- przecież to była opowieść fantasy, co z tego że z settingiem w kosmosie. Miecze były? Były, więc wszystko było w porządku. Sci-fi mnie bawiło, nie widziałam nic fajnego w laserowych pistoletach wydających bardzo lamerskie "pew, pew!".
A potem dorosłam. Potem zagrałam w Massa.
Oczywiście, podobnie jak Gwiezdne Wojny astronomia mnie pociągała- nie ukrywajmy, to pociąga chyba każdego z nas, i może to zabawne że jedna gra komputerowa była w stanie zmienić mój pogląd na cały gatunek, ale tak było, nie ma co ukrywać.

Nie rozflaczając się jakoś bardzo i zostawiając osobiste stosunki kosmosu dla siebie- bo w końcu to nie post o tym- chciałabym wreszcie przejść do głównego wątku- do filmu na którym byłam w piątek, po długim, długim oczekiwaniu.

Oh boy, oh boy, jak ja czekałam na ten film. Po znakomitym Interstellarze Nolana stwierdziłam, że w dzikim tłumie pseudopoważnych młodzieżowych produkcyjek zdarzają się wielkie perełki. I miałam nadzieję że Marsjanin będzie jedną z nich. Przecież to Ridley Scott! To musi być wspa...
Tak właściwie nie wiem czego oczekiwałam, ale na pewno nie tego co dostałam.
To nie był kosmiczny Zniewolony, dzięki Bogom, ale nie była to też Odyseja Kosmiczna albo ten nieszczęsny Interstellar. Więc co?

(tak tylko mówię, że z trailerów i opisu bardzo kojarzyło mi się z indyczkiem Lifeless Planet)


Mamy lata 30 XXI wieku, NASA wysyła lot załogowy na Marsa (na bardzo ładnym statku o nazwie Hermes). Astronauta Mark Watney zostaje ranny podczas Marsjańskiej burzy piaskowej, reszta jego załogi myśli, że nie przeżył, więc ucieka, zostawiając go. Po jakimś czasie jednak Mark odzyskuje przytomność i zdaje sobie sprawę że musi sobie poradzić sam na Czerwonej Planecie do kolejnej misji wysłanej przez NASA. Po jakimś czasie NASA zauważa że coś jest nie halo i że Watney chyba żyje i stara się wysłać mu trochę więcej zapasów, niestety spieszą się i nie testują statku który zbudowali w jakieś 30 dni więc statek rozpada się przy starcie. W końcu jeden z kolesi z astrofizyki wpada na pewien pomysł, coby wysłać załogę Hermesa, która jeszcze nie wróciła na Ziemię na ratunek, NASA krzyczy nie, Sean Bean mówi tak, wysyła Hermesowi zakodowaną wiadomość, którą załoga odbiera i postanawia pomóc. NASA stwierdza że skoro tak to ok, Hermes zawraca przechwytując ładunek na kilka następnych miesięcy w kosmosie, leci po Watneya, po kilku bardzo stresujących manewrach przechwytuje go i wraca na ziemię. Wszyscy są szczęśliwi, a Sean Bean żyje, tylko wyleciał z roboty. To tak w dużym skrócie. Matt Damon który wcielił się w rolę Marka radzi sobie bardzo nieźle, chociaż czasami zdawało mi się że stara się grać jak Chris Pratt w Strażnikach Galaktyki, chociaż może to tylko moje wrażenie, potęgowane muzyką disco lat 80 użytą jako soundtrack w niektórych momentach (chociaż było to uzasadnione fabularnie i całkiem przyjemne). Nie powinnam narzekać, bo humor mimo wszystko mi odpowiadał.
(tutaj nastąpiła całodniowa przerwa w pisaniu posta, skutkiem czego nie mam pojęcia do czego zmierzałam; pozwolę wiec sobie dokończyć to randomowymi przemyśleniami o filmie, co powinno powiedzieć Wam wszystko, co uważam na jego temat.)

Mark hodował kartofle na Marsie. Kartofle uratowały mu życie. Szkoda że nie był Irlandczykiem. (ba dum-tss)

CURIOSITY! WYKOPAŁ CURIOSITY! *gets too emotional over old NASA things*

Duża zawartość NASA w NASA. 10/10 z serduszkiem. *gets too emotional over NASA*

Propsy za Easter Egga z Władcą Pierścieni!!!!!11!!!1!1one

Stresowałam się zdecydowanie za bardzo biorąc pod uwagę koniec. Naprawdę się strsowałam oglądając ten film. Jakbym siedziała w Houston i oglądała te starania żeby sprowadzić Watneya na ziemię. But damn, to tylko i wyłącznie przez moją skrajną i bezgraniczną miłość i fascynację do NASA.

OK CZEMU RZUCACIE MI TU WĄTKIEM ROMANSOWYM Z DUPY, I MEAN, NIE ZNAM TYCH POSTACI, TEN KOLEŚ MIAŁ MOŻE DWIE MINUTY CZASU ANTENOWEGO I NIE POWIEDZIAŁ ANI SŁOWA DIALOGU, MAM SIĘ O NIEGO MARTWIĆ TERAZ CZY KI CZORT?

Dużo pobocznych postaci. Mało wnoszą, mają po dwa zdania w scenariuszu, ale są. Za dużo filmie, za dużo.

... pozwoliliście mu wylecieć w kosmos w kapsule przykrytej tylko plandeką i dziwicie się, że plandekę zwiało a sama kapsuła stawia opór? Pracujecie w NASA, goddammit!

No nie. Jak to wszyscy przeżyli? jak to w ogóle możliwe? Jakim, urwał, cudem to wszystko się udało? Co tu się dzieje?
Damn, przez chwilę naprawdę myślałam że umrą wszyscy. Potem że zginie tylko Watney. Potem że zginie pani komandor i Watney. Ale wszystko miało bardzo Amerykański happy end. Zawiodłam się.

Podsumowując- gdzie są te wewnętrzne głębokie przemyślenia nad sensem życia? Człowiek siedzi sam na nieeksplorowanej wcześniej planecie- i nic. Widzi widoczki które zapierają dech ( to jest plus tego filmu. bardzo, BARDZO duży plus.) i nic. Gdzie smutek, tęsknota, gdzie angst?

Marsjanin jest przyjemny, ale... płytki. O, to jest to słowo którego szukałam- ten film miał potencjał, ale go zmarnował. Wizualnie jest fantastyczny, ale nic po za tym. Nie popłakałam się nawet. A płaczę nad prawie wszystkim, co oglądam, zwłaszcza jeśli chodzi o filmy w konwencji eksplorowania kosmosu.
Nie popłakałam się też na Bitwie Pięciu Armii której nie znoszę. A to coś znaczy.

Chciałam zrobić ładną, poważną recenzję. Ale mi nie wyszło. Jak zwykle.


Zmiany, zmiany!

W krzakach coś głośno zaszeleściło. Odkrywca zatrzymał towarzyszy zdecydowanym ruchem ręki. Nagle przedziwne stworzenie przegalopowało przez suchą szosę, wzniecając za sobą tumany kurzu i zniknęło po drugiej stronie, urywając się w lesie.
- co to było?- krzyknął jeden z członków drużyny Odkrywcy - ten kurz...
Odkrywca długą chwilę stał bez słowa, po czym zdjął kowbojski kapelusz i przetarł spocone czoło mankietem koszuli.
- To niemożliwe... - zaczął, wpatrując się w opadający pył - myślałem, że już dawno wyginęły w tym rejonie...
Odwrócił się do przyjaciół.
- To, moi drodzy- odetchnął ciężko- była Notka.

Po tym sensacyjnym wstępie do wstępu chyba czas się wytłumaczyć. Bardzo trudno jest mi prowadzić tego bloga- głównie dlatego, że się boję. Nie mam jakiejś szczególnej wiedzy na temat kostiumów- z innych blogów dowiedzielibyście się pewnie więcej a informacje byłyby znacznie lepszej jakości. Dlatego postanowiłam zmienić jego tematykę. Nie będzie to już blog stricte kostiumowy, tylko bardziej... mój, prywatny. Bardziej o grach komputerowych na których naprawdę się znam, bardziej z felietonami, które potrafię pisać- oczywiście elementów kostiumowych nie porzucę całkowicie, czasami będą się tu pojawiać rzeczy z tym związane, zwłaszcza że na jesieni czeka mnie kilka bardzo fajnych reko-wyjazdów.

Przechodząc dalej, żeby znów nie zostawić was tylko z notką informacyjną chciałabym przedstawić coś, co planowałam od dłuższego czasu- jednocześnie gładko nawiązując do zmiany tematyki bloga, coby nie było zbyt dużym szokiem czytanie o kosmonaucie na pustynnej planecie zaraz nad postem o osiemnastowiecznym szkockim balu.

Niemal wszyscy, którzy mnie znają wiedzą jak wielką fanką serii Assassin's Creed jestem (byłam). Właściwie to dzięki niej zaczęłam się interesować jednocześnie i grami komputerowymi i historyczną modą ( jak? pisałam fanfiki, a że pisałam je głównie o cywilach chciałam się jak najbardziej zgłębić w życie codzienne ludzi w danym okresie historycznym ;p ). Szybka garść suchych faktów:
Wyprodukowana przez Ubisoft Montreal pierwsza część serii Assassin's Creed  została wydana pod tym samym tytułem, w roku 2007 przez  firmę Ubisoft. Najnowsza część, Assassins Creed: Unity miała premierę w 2014 roku i obecnie jest ósmą główną częścią gry.


Tutaj było streszczenie fabuły. było jednak za długie i zbyt szczegółowe
Daruję sobie streszczenie na rzecz jedynej informacji, która będzie nam potrzebna żeby zrozumieć ten post: każda część gry ma miejsce w danym okresie historycznym, co więcej protagonista ma bezpośredni kontakt z prawdziwymi historycznymi postaciami. Mała rozpiska części gry i okresów historycznych, z pogrubieniem tych  które będą nas interesować akurat w tym poście:
Assassin's Creed- III Krucjata- od 1191 roku
Assassin's Creed II- Włoski renesans- 1476-1499
Assassin's Creed Brotherhood- też włoski renesans- 1500-1507
Assassin's Creed Revelations- renesansowy Konstantynopol- 1510-1524
Assassin's Creed III- Wojna o niepodległość USA- 1760-1783
Assassin's Creed IV: Black Flag- Schyłek ery piractwa- 1715-1735
Assassins Creed Rouge
Assassin's Creed: Unity- Rewolucja Francuska- 1789-1818

Do czego zmierzałam tym przydługim wstępem? Ano, do projektów postaci. Damskich. Bez charakterystycznych kapturów.
Rozumiem że projektowanie gry rządzi się swoimi prawami. Ale na miłość boską- kiedy robi się coś bazującego na faktycznych postaciach, faktycznych wydarzeniach raczej warto się postarać żeby to coś było jak najbardziej... wiarygodne, prawda? Na potrzeby notki przygotowałam trzy postacie, za które moim zdaniem należy zlinczować ich projektantów i przeciągnąć pod nieczyszczonym kilem każdego jednego. Zacznę od razu od pierwszego miejsca- więc co? Jedziemy!

Zaszczytne miejsce pierwsze przypada Lukrecji Borgii przedstawionej w Assassin's Creed Brotherhood.
Wystarczy spojrzeć na sam render postaci i KAŻDY kto choć przez chwilę miał do czynienia z przełomem piętnastego i szesnastego wieku zrozumie o co mi chodzi;

źródło
 To okropnie połączenie suczej wampirzycy i przylaszczki jest po prostu... niesmaczne. Fioletowy cień na powiekach? Serio...? WycienIOWANE WŁOSY? SERIO?! Jak można było, projektując główną antagonistkę gry, w dodatku taką, która kiedyś żyła, nie zrobić ŻADNEGO reaserchu?
Ostre rysy twarzy są ok, serio, mimo że dla mnie jedyną słuszną Lukrecją pozostanie na zawsze Holliday Grainger; Dla sukni nie ma ani usprawiedliwienia, ani ratunku.
Rozumiem że krótkie staniki i ciąża wywołana krojem i halką z poduszką pod suknią nie jest seksi- ale prostytutka w stroju wampirzycy z wypożyczalni kostiumów jest jeszcze mniej seksi.
Lukrecja Borgia nie ma prawa tak wyglądać. To córka papieża goddamit, i powinna coś sobą reprezentować.
Wiecie co? O:
Zajęło mi to maksymalnie dziesięć minut. Włącznie z przeglądaniem pinteresta w szalonej podróży po reaserch. Jeżeli piersi na wierzchu w prześwitującej koszuli nie są wyzywające to ja nie wiem, co jest.
W sumie to i ja z evil twarzą "nie spałam całą noc i jest mi smutno z tego powodu" byłabym lepszą Borgią niż to u góry.
Cudowna suknia dzięki uprzejmości fundacji Nomina Rosae
Miejsce drugie, czyli jak wzorcowo spartolić projekt: Oto concept art Cateriny Sforzy, który nie jest idealny, ale przynajmniej jest bliższy idei tego okresu historycznego. Talię podciągnąć do góry, rozcięcie przesunąć na środek, Voila!
żródło
 Niestety, ludzie od renderu modeli 3D wypuścili do gry taką abominację:
źródło
Jak żyć, jest mi smutno.

Miejsce trzecie: Suknia balowa Elise de la Serre, Assassin's Creed Unity
źródło
Ta suknia to komedia.
Wyobraźcie sobie; Wersal, rok 1789. Rewolucja jeszcze się nie zaczęła. Pominę fakt wydania balu na cześć dziewuchy z jednej z wielu szlacheckich rodzin mieszkającej w tym mieście w pałacu  królewskim; ok, główna protagonistka, takie nagięcie historii zniosę. KIECKI NIE ZNIESĘ.
Ta fantastyczna mieszanka księżniczki disneya i gotki która stylizowała swoją suknię na lata 40 XIX wieku jest nie do przyjęcia.
Bardzo lubię Elise. Jej strój polowy jest nawet dobrze zrobiony. Jej suknia którą miała na sobie w sekwencji w której była przedstawiona jako dziecko też dawała radę, mimo że przypominała trochę trój karnawałowy z lat 80 XIX wieku stylizowany na XVIII. Ale to... to mnie przerosło. 

Aha, zapomniała wspomnieć że skoro to był bal w wersalu nie wystarczy zwykła suknia balowa; Elise powinna być ubrana w suknię dworską.

Mogę mieć przypuszczenia że projektanci wzorowali się- bardzo luźno-  na tej rycinie????

źródło
W sumie wysuwam te wnioski tylko na podstawie tego że a) suknia Elise też jest zielona, b) biała halka(?) na dole jej sukni też jest tak podciągnięta, jak białe falbany na spódnicy przedstawionej na rycinie i c) na rysunku konceptowym suknia Elise też miała taki stojący kołnierz, jak suknia na rycinie.
Pięciominutowy szkic o tytule: "Zrobiłabym to lepiej" :

Paniery NAPRAWDĘ NIE GRYZĄ. Sama ich nie lubię, i noszę tylko kiedy muszę, rozumiem; ale bal w Wersalu jest akurat okazją na którą założyłabym nawet długi i szeroki ławkowaty paniej. Bez zbędnego gadania.
Ciekawostka: Stroje NPCów w tej grze są naprawdę dobre i naprawdę historyczne, jak jeszcze nigdy w serii. Co się stało z główną bohaterką? Zajebistość na siłę? D:
Jeżeli ktoś ma ochotę zobaczyć jak suknia wygląda w praktyce polecam sobie obejrzeć (to tylko dwie minuty, a scena jest z gatunku tych bardzo uroczych):
 


I , to, do którego mam niewiele uwag; Anne Bonny z Assassin's Creed Black Flag
źródło
Anne Bonny ma to ułatwienie że jest piratką. Oddać trzeba jej to że ma a) Pończochy, b) historyczne buty i c) całkiem historyczne podwiązki.  Jedyne co mogę jej zarzucić to ten paso-underbusto-gorset i koszula, bardzo ni-wypiął nie przypiął. Ani to damskie ani męskie. Ale ok, ten projekt dostaje moje propsy.

W tym roku wychodzi Assassin's Creed Syndicate; dziejące się w Londynie, w roku 1869. Na razie wygląda dobrze, i mam nadzieję że już tak zostanie.

Jako przykład projektanta postaci który naprawdę wie, co robi mogę podać Claire Hummel, w internecie znaną jaką Shoomlah: tę ilustrację na pewno zna większość osób odwiedzających bloga, ajest to nic innego, tylko projekt postaci do gry Bioshock: Infinite, która mimo że mocno steampunkowa przedstawia alternatywną rzeczywistość w roku 1910.
źródło


Tym optymistycznym akcentem chciałam zakończyć posta przejściowego! Gratuluję wszystkim, którzy dobrnęli do końca <3

Beep

Powinnam teraz zacząć przepraszać za długą nieobecność na blogu, brak postów czy czegokolwiek innego. Wynika to, oczywiście, z faktu że nauka zajmuje sporo czasu, ale gdybym tak napisała byłabym nieszczera: GRANIE zajmuje tego czasu o wiele więcej. I to właśnie robię od sierpnia: GRAM. Zastanawiając się coraz częściej nad założeniem bloga gamingowego (na tym się przynajmniej znam) i mając jednocześnie cztery nitki pozaczynane na blogu kostiumowym idę na kompromis i nie robię nic. Logiczne. Dodatkowo grając w grę, która tak bardzo odbiega od elementów kostiumowo- historycznych (zmieniłam Assassin's Creed na wielkie serie BioWare'u, i z żalem przyznaję że Mass Effect i Dragon Age są bar... A miałam nie pisać o grach, ok) coraz mniej wiem o czym pisać- co jeszcze mocniej podkreśla mój największy problem jakim jest niepokój przed publikowaniem czegokolwiek (bo ktoś bardziej się na tym zna, bo ktoś napisze to lepiej... wiecie o co chodzi.). Postanowiłam jednak wziąć się w garść i wrócić Szafę do życia, bo jej się należy, a to że jestem duszą w Thedas nie zmienia faktu, że szyję, piszę historyczne opowiadania i mam stały kontakt z Krynoliną.

Na co w takim razie traciłam czas, i co pisałam zamiast pisać tego nędznego bloga?
Cóż, komiks.
Postanowiłam przetransformować moje długie opowiadanie (które, swoją drogą, bardziej już zasługuje na miano "książki" chociaż tylko w cudzysłowie) w dwuczęściowy (tomowy?) komis, obejmujący prawie trzy pokolenia i toczący się w latach 1715-1780/90. Będzie dużo statków, dużo koni i dużo Szkotów, choć zdecydowanie okrętów będzie najwięcej.

No dobrze, i tak nikogo to nie interesuje. Komiks komiksem, ale czy coś uszyłam?

Ta. Jedną smutną sukienkę. W cztery godziny. (Eleonora może potwierdzić, że tak naprawdę do balu nie miałam pojęcia jak wygląda jej finalna wersja #YOLO ;) ) Ale zaraz, jakiego balu?
Zimowego Balu Szkockiego, który odbył się w Styczniu w Krakowskim Dworku Białoprądnickim. Wszyscy którzy mnie znają znają również moją (raczej głęboką) obsesję na punkcie Szkockich powstań Jakobickich, więc wyobraźcie sobie moją reakcję kiedy okazało się, że taki będzie temat balu. Ostatecznie w datowanie wpisałam się chyba tylko ja i Alicja (nie licząc panów) ;p


Tandem Triumphans! ;)

(Zdjęcia wykonały Alicja i Poreclanka)
Drugiego dnia w Jamie Michalika zaprezentowałam się w swojej kiecy złotopopołudniowej, oraz kapeluszu Eleonory odważnie przypiętym do mojej głowy przez Asię ;)

Brzydkie samochody

(zdjęcia wykonała Alicja <3)

W zeszłą środę uszyłam również całkiem sama swoją pierwszą sznurówkę, przygotowując się na XVIII- wieczny piknik w Częstochowie, jednak do tego czasu zdążę odwiedzić też krakowskie Muzeum Lotnictwa podczas Nocy Muzeów.

Ta notka była tylko marnym uświadomieniem Was, że żyję. Nic takiego.

Japońscy turyści na safari- Księżniczek Dejzów trzynaście, Koniec Defilady i wytrawne z rana, czyli...

Pszczyna

No i stało się. Po gorączkowych przygotowaniach do pikniku, no i po samym pikniku, oczywiście, trzeba wracać do rzeczywistości. Co wbrew pozorom wcale nie jest takie łatwe- ciągle bowiem przyłapuję się na tym, że myślę i wspominam, "jak to drzewiej w Pszczynie bywało"...

Pozwólmy osiemnastowiecznym realiom toczyć się gdzieś leniwie w równoległej rzeczywistości, wróćmy jednak do tego konkretnego dnia- dnia Pikniku przez duże P.

Zaczęło się, jak zwykle przed Krynolinowymi spotkaniami- ogromnym stresem. Zawsze, ZAWSZE boję się, że się wygłupię/ coś mi pęknie w kiecce/ et cetera; tym razem było jeszcze gorzej, bo babci podczas naprawiania spodni stryjka pękł pasek w jedynej maszynie do szycia- więc moje ambitne, buntownicze plany o męskim stroju szlag trafił na miejscu. Następnie pojawiło się postanowienie: "OKEJ,, W SUMIE TO MOGĘ JECHAĆ W IMPROWIZOWANYM STROJU JEŹDZIECKIM"- nie mogłam. Uszyty dwa/trzy lata temu przez babcię komplet, składający się z żakietu i spódnicy, okazał się... za krótki. Żakiet który jeszcze się sprawdza doskonale tym razem zawiódł, zestawiony z długą, męską kamizelką do kapitańskiego munduru RN, a spódnica... Moja piękna, aksamitna spódnica sięgała mi ledwo poniżej kolan, odsłaniając cudowne falbany mojej mdłej, różowej halki. Dosztukowywałam kupioną w pośpiechu taftę do trzeciej w nocy, i... NIGDY nie łączcie tafty z aksamitem. Po prostu nie róbcie tego.

Stanęło na tym że spakowałam do (również świeżo kupionego) pudła na tort/kapelusz/ser/ekskluzywną suknię- "starą", dobrą, militarną... którą w sumie doskonale widać w poprzednim poście. Tym razem jednak zdecydowałam się na Robe a l'Anglaise- nie podpięłam tyłu, i to była mądra decyzja, zważywszy że uprawiałyśmy masę sportu i nie miałabym nerwów żeby sprawdzać ciągle czy mój tył jest na właściwym miejscu.

Stawiłam się na Katowickim dworcu- o dziwo- punktualnie, i spotkałam się tam z Koafiurzystką, Justyną, Porcelaną i Maqdą. Wsiadłyśmy do pociągu i rozpoczynając już po drodze wesołe plotkowanie, wyjechałyśmy ku przygodzie.

Na miejscu odkryłyśmy że przy okazji w pszczyńskim parku odbywają się zawody konne- dzięki czemu znacznie później udało mi się dostać nowe ostrogi ze znaczną zniżką za strój. :,D

Spotkałyśmy się tam z Fobmróweczką, Ms.Nelly, jej siostrą i kuzynką, oraz Loaną z córeczkami.
Znalazłyśmy wspólnie małą wysepkę  na rzece- Za kwiecistymi krzakami, pod drzewem było idealne miejsce na piknik. Zabrałyśmy się do rozkładania kocy i przebierania się- doszłyśmy do wniosku że krzaki są dostateczną zasłoną przed ciekawskimi oczami gapiów.

- Ale byłoby śmiesznie, gdyby się okazało że cały tłum się na nas patrzy.- stwierdziła wesoło Edzia, wiążąc pierwszą halkę i patrząc z zachwytem na rzekę.
- To się odwróć.
-OESU!

Zaczęło się. Byli tam i byli wszędzie, od początku do końca, czając się z aparatami za krzakami jak Japończycy na safari. Ba- obserwowali nas nawet od zupełnie innej strony, płynąc sobie w łódce po rzeczce i wytrzeszczając oczy.

Cudowną fryzurę zrobiła mi kochana Koafiurzystka- i to w terenie, na wietrze, wśród traw i widowni!

Eleonora Amalia zjawiła się ostatnia- za to w przecudnej kreacji z pięknym kapieluszem. ;)

Dość już mojego ględzenia, teraz zdjęcia, które powiedzą znacznie więcej:



Koafiurzystka wśród kwiatów

cudowna fryzura Porcelany

Napoleon BornToParty







obiecane wino- Chateau de SokPorzeczkowy, rocznik 1765. pite rano, cóż za awangarda!



A teraz mały bonus: Jak dama wyimaginowanego wierzchowca dosiadać powinna, czyli groteska w czterech aktach:

I. Uznaj, że w ważącej trzy kilo sukni jest tak samo łatwo jak w męskim stroju. Rzuć się na wierzchowca i zawiśnij przy tym jak pranie/worek ziemniaków. Zawołaj umierającą ze śmiechu przyjaciółkę.

II. Poproś zawołaną uprzednio przyjacólkę o pomoc. Machaj nogami jak szalona i wydawaj dźwięki zarzynanego prosiaka. Nie przejmuj się rozprutym rękawem.

III. Udało się... usiąść po męsku. Teraz popraw kapelusz i tocz po wszystkich szalonym, niedowierzającym wzrokiem.


IV. Dokonaj ostatnich poprawek. Bacz, żeby ci noga na łęku oparta spod sukni nie wystawała. Noga w strzemienu może. Ale drzewo nie ma strzemion, więc ją też lepiej ukryć.

Volia! Mina Waszyngtona-Zdobywcy jest obowiązkowa.

oryginał

 
wrzosowika. Wow, filtry takie fajne, wow.


Na zakończenie... L U D Z I E:
Ta parada to była już, czy będzie?
Panie na ten występ o 15?
Ja przepraszam... A ile panie mają lat?
Patrz, patrz Maciusiu/Marysiu/Zosiu/Agatko księżniczka Daisy!
Księżniczki idą!
To pewnie panie z festiwalu Romskiego.
Jaa, nosiłachby takie szoty!

Robe a la polonaise, konie i lamy

Pozwólcie, że zacznę od razu z grubej rury: Polonezka zoatała skończona. I choć premierę miała w Krakowskim teatrze, oficjalne jej, "blogowe" istnienie rozpoczyna się dopiero teraz.
Szyta z zasłony, przez dłuuugi, dłuugi czas, bez sznurówki pod spodem prezentuje się- jak na spartańskie warunki jej szycia/ noszenia- zaskakująco dobrze. Przeżyła nawet nocny rajd poteatralny po niespodziewanie bardzo zabłoconym Krakowie.
Zdjęcia udało mi się zrobić dopiero niedawno, ale pozwólmy im przemówić: 




osobiście moje ulubione zdjęcie.



Obiecane lamy. Proszę zwrócić uwagę na mistrza drugiego planu.




Zdjęcia zostały zrobione w parku w Świerklańcu. Teraz sami możecie ocenić, czy faktycznie jest tak tragicznie (na co od początku się zanosiło ;) )